Reporter

Nowy Tygodnik Regionalny

Bez kategorii

Nieludzkie zachowanie lekarzy z regionu. O sprawie dowiedział się wiceminister zdrowia.

SONY DSC

Skandal! Żaden z lekarzy nie chciał przyjechać do ujawnionych w zajeździe zwłok mężczyzny, które w jednym z pokoi leżały przez ponad pół dnia. Czynności wyjaśniające były wstrzymane a prokuratura nie mogła zabezpieczyć ciała, bo nie było zaświadczenia stwierdzającego zgon. Nie pomogła nawet interwencja u wiceministra zdrowia. Do takiej sytuacji doszło po raz pierwszy w regionie.
Obojętność i mocno urzędowe podejście bulwersują. Blisko 5 godzin trwało szukanie lekarza, który zechciałby pojechać na miejsce zdarzenia i wystawić zaświadczenie o zgonie. Co gorsza, rano w zajeździe pojawiła się pani doktor, która stwierdziła, że denat nie jest jej pacjentem i nie będzie się zajmować sprawą.
W miejscowości nie było lekarza a z ościennych ośrodków zdrowia żaden z medyków nie chciał pofatygować się do Daszyny, bo nie był to teren jego pracy. Dyżurny łęczyckiej policji interweniował w łódzkim oddziale NFZ oraz bezpośrednio w rozmowie z wiceministrem zdrowia, który stwierdził, że… jest luka w prawie.
– 15 czerwca około 10.15 dyżurny łęczyckiej komendy odebrał informację od pracowników jednego z zajazdów z terenu gminy Daszyna, że w pokoju znajduje się mężczyzna, który nie otwiera drzwi pomieszczenia. Po wyważeniu drzwi okazało się, że mężczyzna nie żyje. Strażacy wezwali pogotowie informując o zgonie. Pracownicy służby zdrowia odmówili przyjazdu na miejsce. Wtedy do działań ponownie włączył się dyżurny policji. W tego typu zdarzeniu konieczna jest obecność lekarza, który stwierdzi zgon oraz wystawi wstępne zaświadczenie o udziale bądź wyeliminowaniu udziału osób trzecich – wyjaśnia st. asp. Agnieszka Ciniewicz z KPP w Łęczycy. – Oficer na stanowisku kierowania w pierwszej kolejności ponownie poprosił o przyjazd karetki pogotowia, dyspozytorka jednak odmówiła. Kolejno poproszono o pomoc lekarza z Gminnego Ośrodka Zdrowia w Daszynie. Lekarka, była na miejscu lecz odmówiła wystawienia stosownego zaświadczenia. W dalszej kolejności zwrócono się do lekarza z terenu gminy Witonia, który odmówił przyjazdu. Aby spowodować przyjazd lekarza na miejsce zdarzenia funkcjonariusz rozmawiał z pracownikami łódzkiego oddziału NFZ. Zadzwonił też do Ministerstwa Zdrowia oraz Wojewódzkiego Konsultanta do Spraw Ratownictwa. W pomoc byli zaangażowani również pracownicy zarządzania kryzysowego ze starostwa powiatowego w Łęczycy. W efekcie stosowny dokument wystawiła lekarka z Daszyny oraz pogotowie.
Po wystawienia zaświadczenia stwierdzającego zgon mężczyzny prokuratura mogła wydać decyzję o zabezpieczeniu ciała do dalszych badań. Walka o lekarzy mocno zaskoczyła prokuraturę.
– Sytuacja była kuriozalna. Pracuję w łęczyckiej prokuraturze od 2007 roku i nigdy nie zdarzyło się, żeby lekarz odmówił przyjazdu. Pierwszy raz spotkałam się z taką sytuacją. Ościenne ośrodki zdrowia mogą uchylić się od wyjazdu, z czego, niestety lekarze skorzystali. Przez pół dnia dyżurny policji prowadził rozmowy z różnymi lekarzami, którzy nie wykazali chęci pomocy w tej sprawie. Policjant rozmawiał nawet osobiście z wiceministrem zdrowia, który poinformował go, że jest luka w prawie, ale zajmą się nią dopiero w nowej kadencji rządu – komentuje Monika Piłat, szefowa łęczyckiej prokuratury. – Luka w prawie to jedno, ale w tym przypadku zmarłemu należało okazać szacunek. Dopiero telefon do starosty powiatowego z prośbą o pomoc poskutkował przybyciem na miejsce lekarzy.
Nawet nie chce się myśleć, co czułaby rodzina, gdyby taka sytuacja spotkała kogoś w jego własnym domu. Nie wszyscy chodzą do lekarzy. Nie brakuje osób, które nie są nawet zapisane do żadnego lekarza rodzinnego, bo po prostu nie chorują. Ciekawe, czy gdyby sprawa nie dotyczyła samotnego, bezdzietnego kawalera, który zmarł w wynajętym pokoju, służba zdrowia zachowałaby się w podobny sposób. Znaleziony w miniony poniedziałek martwy, 50-letni mężczyzna zameldowany był w zajeździe od 31 maja. Codziennie regulował rachunek, większość czasu spędzał w pokoju. Każdego dnia kupował alkohol i napoje. Jak się okazało, do 28 maja przebywał w zakładzie karnym w Łodzi, gdzie wykryto u niego szereg chorób, m.in. cukrzycę, wrzody i gruźlicę. Od 20 lat nadużywał alkoholu. Po wyjściu z więzienia wrócił do domu, nie zabawił tam jednak długo. Miał udać się na spotkanie z kolegami. W zajeździe nie sprawiał problemów. Obsługę zaniepokoił fakt, że mężczyzna w poniedziałkowy poranek nie zszedł do recepcji. Drzwi do jego pokoju nie dało się otworzyć, z okna widać było jak leży w połowie na łóżku, w połowie na podłodze. Wezwano policję i straż pożarną. Prokuratura zleciła sekcję zwłok, choć na miejscu nie stwierdzono podejrzenia popełnienia przestępstwa. Nie zauważono również żadnych obrażeń na ciele. W pokoju, poza kilkoma pustymi butelkami po alkoholu panował porządek.
Śmierć 50-latka, jak każda, wzbudza emocje. Niestety, jeszcze większe wywołuje zachowanie lekarzy, którzy wykazali się wyjątkowym brakiem empatii. W myśl zasady „nie mój rejon, nie mój problem” zachowali się nie po ludzku.
tekst i fot. (mr)